Czarnohora 31.07 - 2.08.2007

 

30-31.07.2007

          Dojazd na miejsce startu w góry nie stanowił żadnego problemu, ponieważ już wcześniej tę trasę przebyłem w towarzystwie kolegów z wcześniejszych wypraw na Ukrainę. Tym razem jednak  na wyprawę pojechałem sam. I bynajmniej nie dlatego, abym nie miał z kim, a z własnego wyboru. Aby się sprawdzić.

Dojazd do Dżembroni, skąd startowałem, nie stanowi żadnego problemu, ale dla porządku i osób, które jeszcze na Ukrainie nie były przypomnę. Do Lwowa każdy dojeżdża sobie jak lubi. Ja pojechałem aby przed południem być we Lwowie, aby mieć jeszcze czas na spokojne zwiedzanie miasta. Pociąg relacji Lwów-Czerniowce odjeżdża o 21.44. Pamiętać należy o zmianie czasu na granicy o 1 h do przodu. Ja o tym zapomniałem i przypomniałem sobie dopiero na dworcu we Lwowie. Dobrze że była kiepska pogoda i postanowiłem na dworzec przyjść wcześniej, bo tak pewnie byłbym jeden dzień "w plecy" z powodu spóźnienia się na pociąg. We Lwowie kupuje bilet do Kołomyi (plackartnyj kosztuje ok 26,50 hr). W pociągu, podróż umilam sobie rozmową z dwoma dziewczynami z Polski. Ewy, bo tak dziewczyny mają na imię jadą do Rumunii w ramach jakby wolontariatu. W Kołomyi jestem o 6.30 i zaraz spod dworca kolejowego odjeżdża marszrutka na awtostancję, skąd o 7.40 jest marszrutka do Werchowyny (cena 9 lub 10 hr - tych cen nie jestem pewien na 100%). W Werchowynie jestem przed 10.00. Szybkie przejście po targowisku w celu dokonania niezbędnych zakupów i po kilkunastu minutach wypatruję już marszrutki na Szybene. Odpowiednio wcześniejsze pojawienie się na awtostancji gwarantuje zajęcie miejsca siedzącego i pozwala uniknąć wiszenia na jednej ręce. Pomny zeszłorocznych doświadczeń na miejscu odjazdu byłem już tuż po 10.00 (marszrutka planowo odjeżdża o 11.00). Ok.10.20 podjeżdża charakterystyczny, niebieski pojazd. Wygląda jak samochodzik z popularnej niegdyś gry "Moon patrol", tylko nie ma działek strzelających na wprost i do góry, ale i tak jest inny niż wszystkie marszrutki jakie do tej pory widziałem.

         Do pojazdu wsiadam jako pierwszy więc mam komfort wyboru miejsca. Decyduję się na sam koniec pojazdu, bo z doświadczenia wiem że pozwoli mi to uniknąć masakrycznego tłoku jaki tu będzie panował tuż przed odjazdem. Po kilku minutach pojazd jest już pełny - nie przeszkadza to przybywać kolejnym pasażerom. O 11.00 - tuż przed odjazdem część ludzi musi wysiąść, aby kierowca mógł skasować za przejazd. Przejazd do Dżembroni to ok 10 hr. Opłata za bagaż to 2 hr. Wprawdzie nie jest to opłata konieczna i w kasie powiedzą, że nie ma takiej opłaty, to jednak w tej relacji ta zasada nie obowiązuje. Kiedyś myślałem że kierowca kasuje tylko turystów ale tym razem przekonałem się, że kasuje nawet miejscowych oraz jakiś mundurowych (nie doczytałem co to za służba była). Za 2 hr nie będę z siebie robił widowiska więc nie miałem zamiaru się wykłócać. Przejazd tym pojazdem, na tej trasie stanowi przeżycie samo w sobie. Jak już pisałem w zeszłorocznej relacji z okien rozpościerają się bajeczne widoki na Karpaty, ale i na urwiska gdzie w dole płynie Czarny Czeremosz. W tym roku ciekawostką był jeden z podjazdów, na którym pasażerowie musieli wysiąść i pokonać wzniesienie na piechotę, ponieważ pojazd nie był w stanie z pełnym ładunkiem wjechać. Tak jadąc nim zastanawiałem się, co się stanie jak kiedyś ten pojazd ulegnie poważniejszemu uszkodzeniu i nie będzie się już nadawał do jazdy. Czy znajdzie się drugi pojazd, który będzie w stanie pokonać tę trasę ? Jeśli nie, to pewnie mieszkańcom tych wiosek pozostaną konie. No ale tymczasem pojazd jeszcze radzi sobie całkiem przyzwoicie więc nie ma co sobie głowy zaprzątać.            

          Punktualnie o 12.00 jestem na moście przy skrzyżowaniu na Dżembronię. Tu kończę swój przejazd. Resztę drogi do wsi pokonuję pieszo, zatrzymując się jeszcze trochę przed wsią, aby coś zjeść.

We wsi jestem ok 13.30. Pierwsze kroki kieruję do sklepu, gdzie dokonuję niezbędnych zakupów na drogę, oraz dopytuję o kieliszek taki sam jaki kupiłem w zeszłym roku, a który stłukł się w maju br. w Gorganach. Niestety były tylko większe, ale decyduję się. Wszak czegoś "na chłodne noce" nie będę spożywał z tzw. "centrali". Po zakupach i obowiązkowym piwku przy sklepie czas wreszcie ruszyć na szlak. Daleko nie uszedłem bo już na podejściu za zabudowaniami spotykam się z turystką z Polski (Pozdrawiam). Rozmawiamy dłuższą chwilę. Jej koledzy poszli właśnie na Popa Iwana, a ona ze względu na kłopoty z kolanami wracała do wsi. Dalsza wędrówka odbywała się już bez zakłóceń. Gdy dotarłem do bacówki pomyślałem że warto byłoby spróbować lokalnego sera. Zaszedłem zatem do środka celem zakupu. Baca poczęstował kawałkiem ale spodziewałem się innego smaku. Ten ich ser wygląda jak twaróg ale jest w smaku słodki i szalenie tłusty. Tłusty na tyle, że wręcz widać w jego strukturze grudki masła. Zakupiłem więc sobie ok 0,5 kg (cena 12 hr / kg) i ruszyłem w dalszą drogę. Trasa była mi doskonale znana, więc szło mi się komfortowo. Chwilkę przystanąłem w miejscu gdzie zeszłego roku mieliśmy pierwszy nocleg. Korciło mnie aby tu rozbić namiot, jednak było dość wcześnie a i pogoda była ładna, więc ruszyłem dalej. Co dziś nadrobię, to będę miał jutro z głowy. Celem było dotarcie na szczyt Smotreca lub nawet nieco dalej na przełączkę pomiędzy główną granią Czarnohory, a Smotrecem. Po dotarciu pod wodospad na stokach Smotreca postanawiam jednak trzymać się szlaku (tak tak - szlaku. Od zeszłego roku pojawiły się na tym odcinku znaki szlaku turystycznego, i to dość dobrze rozmieszczone, więc dla tych, którzy są tu pierwszy raz z pewnością będzie łatwiej się poruszać). A jako, że szlak prowadzi przy wodospadzie w prawo, to i ja tamtędy się kierowałem, pomimo że w zeszłym roku szliśmy w lewo, bezpośrednio na szczyt Smotreca. Szlak jednak nie prowadzi bezpośrednio na szczyt, a raczej na szczyt obok, jednak idąc nim mijamy bardzo ciekawe formy skalne, które w Czarnohorze spotkać można tylko tu, na Kozłach i w masywie Szpyciego. Po dotarciu w okolice przełęczy między Smotrecem a główną granią Czarnohory, czyli dokładnie tam gdzie chciałem, nadszedł czas na odpoczynek. Chwilę zajęło mi znalezienie dobrego miejsca do rozbicia namiotu, bo 2 dość ciekawe miejscówki były już zajęte przez Ukraińców, a nie chciałem ani nikomu przeszkadzać swoją obecnością, ani nie chciałem aby mi przeszkadzano. Parę metrów dalej udało mi się znaleźć stosowne miejsce, ze strumyczkiem nieopodal. Teraz jeszcze tylko rozbicie namiotu i kolacyjka. Pogoda się nieco pogorszyła, chmury zeszły niżej, więc przestało już być przyjemnie i ciepło. Wystarczy na dzisiaj. Idę spać.

 

01.08.2007

          W nocy przekonałem się, że jednak zrobiłem błąd nie zabierając śpiwora zimowego. Noc była chłodna i wilgotna ze względu na kłębiące się chmury.

Niestety rankiem nic się nie zmieniło. Na szczęście zanim się zebrałem pogoda zaczęła się poprawiać. Chmury podniosły się wyżej, ale wiatr nadal wiał dość mocny. Zaczynałem mieć obawy, czy aby mój kolejny tu pobyt nie będzie miał takiego przebiegu jak poprzedni. Z gęstymi chmurami i silnym wiatrem. Tymczasem zbliżałem się do Popa Iwana, a chmury nie chciały iść wyżej. Niestety i tym razem nie miałem szczęścia oglądać panoramy z obserwatorium :-( Chmury gęste, w budynku obserwatorium hula wiatr. Klimat jak z książek Edgara Alana Poe. Bardzo interesujące przeżycie być tam samotnie :-)

          Po obfotografowaniu ruin obserwatorium ruszam w drogę powrotną a potem dalej ku mrocznemu obiektowi pożądania, czyli Howerli. Po drodze, za szczytem Dżembroni spotkałem sympatyczną parę z Wrocławia, z którą zamieniłem kilka słów. Pewnie mieli więcej szczęścia, bo jak się oglądałem za siebie, to szczyt Popa Iwana coraz częściej wyłaniał się z chmur. Plan na dzisiaj zakładał dojście na biwak pod Jeziorko pod Breskułem, lub nad Jeziorko Niesamowite, jednak pogoda na tyle się poprawiła i szło mi się na tyle dobrze, że ani się obejrzałem, a już znalazłem się przy Jeziorku Niesamowitym. Chwila zastanowienia, rzut oka na zegarek i postanawiam dziś zanocować gdzieś za Howerlą. Po drodze zamierzałem też zejść do wodospadu na stokach Howerli, ale jak zobaczyłem jaki dystans oraz stok musiałbym pokonać aby tam dojść i wrócić z powrotem na grań, to darowałem sobie. Zostawię go sobie na następny raz ;-) Wracam zatem na szlak na Howerlę. Ok. 18.00 osiągam szczyt Howerli. Po prawie roku niewiele się tam zmieniło. No może przybyło śmieci, ale za to ludzi nie było za dużo. Ledwie jedna, kilkuosobowa grupa ukraińskiej młodzieży z opiekunem. Poproszony zostałem aby porobić im fotki, a następnie skierowali się ku zejściu w stronę Pietrosa. Ja za nimi. Chwilkę porozmawiałem z ich opiekunem, byli z Kijowa i szli również na biwak pod Pietrosem. Niestety  długo nie rozmawialiśmy, bo moje kolano zaczęło dawać znać o sobie i opóźniałem marsz, a mój adwersarz musiał nadążyć za swoimi podopiecznymi.

          Do biwaku pod Pietrosem nie dotarłem, ze względu na problemy z więzadłami, ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. U stóp Howerli  znajduje się "Ekologicieskij punkt", który ekologiczny jest tylko z nazwy sądząc po śmieciach, które znajdują się na jego tyłach, ale za to stwarza dość dogodne możliwości noclegowe. W tej chatce  kiedyś był nawet piecyk, ale już "wyszedł". Za to była czysta podłoga oraz dwie ławki, które posłużyły mi za stolik. Postanowiłem że zostanę tu na noc. Wprawdzie kilka m niżej było miejsce na namiot i stoliczek z ławkami, ale noclegi w tego typu chatach to dla mnie przyjemność, więc zdecydowałem się spędzić nockę właśnie w tej chatce. Jak się rano okazało moja decyzja była ze wszech miar słuszna. Wieczór spędziłem na przygotowaniu posiłku oraz poszukiwaniach wody, bo wprawdzie ktoś, kto spał tu przede mną zostawił całą, 6L butlę wody, ale postawił ją na oknie i niestety zrobiła się nieco nieświeża. Na szczęście źródełko znajduje się parę metrów poniżej chatki.

 

02.08.2007

          Noc minęła mi na zmaganiu się z chłodem nocy. Jak się okazało po wyjściu z chaty w nocy był przymrozek, sądząc po szronie na trawie. Wykonałem kilka fotek wschodu słońca i sądząc z własnych obserwacji dzień zapowiadał się pogodny, pomimo chłodnego poranka. Z posiłkiem i pakowaniem, uwinąłem się dość szybko i tuż po godzinie 8.00 jestem już na szlaku. Skwapliwie zbieram na GPS punkty, które w przyszłości mogą się przydać mnie lub znajomym, tak więc nie może tam zabraknąć miejsc biwakowych jak i źródełek. Wieczorkiem na miejscu biwakowym, o którym pisałem wcześniej rozbiła się z namiotem para. Teraz jeszcze spali. Szlak ku Pietrosowi prowadzi ładnymi trawersami więc i pięknych widoków nie brakuje. Po ok.45 minutach docieram do kapliczki prawosławnej a parę metrów dalej znajduje się chatka identyczna, jak ta, w której spędziłem ostatnią noc, a nieopodal coś na wzór pola namiotowego, gdzie rozbili się moi znajomi z Howerli.

Ja ruszam jednak dalej. Tym razem szlak prowadzi leśnym duktem. Na jednym z zakrętów mijam pomnik jakiegoś turysty, który tu zginął tragicznie w czasie wędrówki. Szczegóły nie są mi jednak znane. Gdy kończy się las, zaczyna się piękna, trawiasta Połonina Skopieska, z której roztacza się wspaniały widok zarówno na Pietrosa jak i na pobliskie doliny. Tutaj też ulokowano wiatę w której można się przespać, oraz ławeczkę ze stolikiem. Nieopodal zbieracze "czesali" jagody. Mijam ich i kieruję się dalej, ku Pietrosowi. Godzinę później docieram na Połoninę Hołowczewską, u stóp samego Pietrosa. Tutaj tez jest wyśmienite miejsce biwakowe, zresztą widać kilka namiotów w okolicy. Wszystkie jednak pogrążone są we śnie. Tymczasem jest godzina 9.45 i drogowskaz pokazuje  że na Pietrosa jest jeszcze 1,5 h. Nie zwlekam więc już dłużej i ruszam pod górę. Na początku podejścia natykam się jeszcze na troje piechurów, którzy wyglądają na nieco zdziwionych że wędruję sam. Upewniam się  co do zejścia z Pietrosa do Jasinii i ruszam dalej.

          Po godzinie dość stromego podejścia stawiam swe stopy na szczycie. Niestety widzę, że nie jestem sam, ale zostaję mile przywitany  przez grupę młodzieży z Kijowa, a w zasadzie ich opiekunów. Od razu pada pytanie czy jestem Polakiem, czy Niemcem. Odpowiadam zgodnie z prawdą, na co pada odpowiedź, że widać, iż nie jestem z Ukrainy, bo mam za drogi sprzęt. Zgadzamy się, że w zasadzie nie liczy się sprzęt, a to co się robi. Sprzęt to tylko dodatek umilający wędrówkę, ale nie jest warunkiem determinującym turystykę jako taką. Młodzież nie zagrzała długo miejsca na szczycie. Przed nimi jeszcze Howerla, więc zbierają się, a ja tymczasem zostaję sam, co pozwala mi na wykonanie kilku, nieskrępowanych fotek i samotne delektowanie się widokiem. Idylla nie trwała długo, bo już po chwili na szczycie pojawiły się psy pasterskie, a niedługo po nich sami pasterze, ze swoimi owcami. Zatem czas mi się było zbierać. Teraz już będę miał tylko z górki. Mijam Pietrosula i pięknym płajem zbliżam się do Jasinii. Jeszcze co prawda sporo drogi przede mną, ale pogoda dopisuje, widoki również, więc delektuję się nimi. Jeśli chodzi o masyw Pietrosa, to muszę przyznać, że zarówno samo pasmo, jak i widoki, które się z niego rozpościerają nie mają sobie chyba równych jeśli chodzi o Karpaty Ukraińskie. Żałuję, że podczas pierwszego pobytu na Czarnohorze nie udało nam się tego szczytu odwiedzić.

          Wracając jednak do rzeczywistości - jak dotąd wędrówka układała mi się wyśmienicie, nigdzie nie pobłądziłem, nie musiałem robić dodatkowych km. Dość łatwo dotarłem do polany Szesa, na której znajduje się kilka szałasów pasterskich. Tu nieco nadłożyłem drogi, ponieważ skierowałem się nie w tą drogę, w którą powinienem, ale było to raptem kilka metrów. Dość szybko zorientowałem się, że to nie ta droga i już po chwili byłem na właściwym trakcie, obszczekany przez pasterskie psy. Wprawdzie psy wyglądają groźnie i zachowują się dość agresywnie, ale  nie wychodzą poza obręb terenu szałasu, którego pilnują. Nie maiłem więc obaw, o to że pogryzą. Niestety wyjazd na Ukrainę, bez chaszczowania, to wyjazd stracony. Nie inaczej było i tym razem. Niedaleko za polaną Szesa ścieżka skręcała w innym kierunku niż ten w którym szedłem, a GPS wskazywał że z właściwej ścieżki zboczyłem nieco. Postanawiam zatem wrócić na właściwą ścieżkę na skróty, czyli bezpośrednio przez las. Niestety okazało się to niełatwe, bo po pierwsze w miejscu, które GPS wskazywał jako ścieżkę, były gęste chaszcze, a po drugie stok stawał się coraz bardziej stromy. Podejmuję jednak decyzję, że brnę dalej tą gęstwiną  malin, jeżyn i innych krzewów, oraz pokonując wiatrołomy i trzymając się ścieżki, która jest widoczna na GPS. Robię to pomimo doświadczeń z poprzednich wyjazdów na Ukrainę, gdzie ścieżki zaznaczone na GPS kończyły się niespodziewanie lub nie było ich wcale. Niestety z powodu braku dokładnych i aktualnych map, taka mapa GPS jest jedynym (jak widać nie zawsze dobrym) pomocnikiem turysty. Tymczasem przedzieram się przez gęstwinę i gdy docieram do jakiegoś strumyka porzucam zamiar wędrowania dalej wyimaginowaną ścieżką, na rzecz tegoż strumyka. Stara zasada mówi, że gdy nie wiadomo jak iść, należy iśc w dół strumienia, a na pewno dotrze się do jakiejś cywilizacji. Takoż i ja zrobiłem. Po około godzinie takiego przedzierania się docieram do wyraźnej drogi leśnej. Początkowo idę nią w niewłaściwym kierunku, ale w końcu kieruję się tam gdzie trzeba. Do Jasinii docieram bez problemu  ok 15.30. Niestety nie jest to miejsce, w którym spodziewałem się dotrzeć, ale  ważne że jestem we wsi (choć jak na wieś, to Jasinia jest dosyć duża). Po drodze zabawiam jakąś godzinkę w jednym z barów, gdzie uzupełniam płyny w organiźmie. Upewniam się o  której godzinie mam pociąg i ruszam ku pobliskiemu sklepowi, aby jeszcze dokonać niezbędnych zakupów przed podróżą. Liczyłem też, że może znajdzie sie jakaś marszrutka do Iwano-Frankowska, ale blisko trzygodzinne oczekiwanie nie przyniosło spodziewanych efektów. Za to miałem okazję przyjrzeć się ceremonii pogrzebowej, która odbywała się w cerkwi, tuż za sklepem. Trumny dwóch (jak się później okazało) młodych ludzi, którzy zginęli w wypadku samochodowym przywieziono na ciężarówkach. Miałem też okazję zobaczyć tzw."płaczki". No cóż ceremonia smutna, ale co zrobić.

          Przy okazji nawiązałem dyskusję z dziewczynami sprzedającymi w sklepie i udało mi się poprosić o możliwość podładowania telefonu. Tak czas mi zleciał do momentu zamknięcia sklepu, czyli do godziny 21.00. Jeszcze w ostatniej chwili dokupiłem jeszcze dwa "Czernichiwskie", bo jeszcze sporo czekania przede mną i następnie udałem się na stację, aby tam spędzić resztę czasu przed przyjazdem pociągu.

Na stacji długo sam nie siedziałem. Po chwili przysiadł się do mnie starszy człowiek, z którym na pogawędce zeszło nam kilkanaście minut. Po jakimś czasie podszedł do nas młody człowiek i już we trójkę prowadziliśmy ożywiony dialog. Od słowa, do słowa i odezwała się w nas słowiańska natura i skłonność do podzielenia się napitkiem. Młodzieniec (Andrij - pozdrawiam Cię) wyjął jakiś balsam, a ja miałem zwykłą wódkę. Andrij z tego zrobił mieszankę, którą raczyliśmy się we trójkę prawie do samego przyjazdu pociągu. Niestety w pociągu musieliśmy się pożegnać, bo choć Andrij jechał do Lwowa, to mieliśmy miejsca w zupełnie innych wagonach. Ja miałem plackartę, a Andrij klasę obszczij.

W pociągu nie musiałem długo czekać aż zasnę.

 

03.08.2007

          Obudziłem się ok 9 rano, w stanie takim jakiego należało się spodziewać po wypiciu 3 litrów piwa i mieszanki balsamowo-wódczanej, ale za to w bardzo miłym towarzystwie (przynajmniej z wyglądu :-) Niestety moje "towarzystwo" jeszcze spało ;-) Trochę żałowałem, że przegapiłem okazję do zawarcia bliższej znajomości, przesypiając niemal całą drogę. Krótko po godzinie 10.00 pociąg dotarł do celu, czyli do Lwowa. Tu miałem w planach jeszcze odwiedzenie jakiejś restauracji aby coś przekąsić, ale skończyło się na Czieburieku naprzeciw dworca, i w chwilę potem trafiła sie marszrutka do Szagini. Zatem postanawiam skrócić mój pobyt we Lwowie i jadę od razu na granicę.

          Na granicy dokonuję ostatnich zakupów i na przejściu melduję się ok 11.15 czasu polskiego. Ucieszyłem się bardzo, bo było niespodziewanie mało ludzi, i pomny poprzednich doświadczeń na tym przejściu, czas przekroczenia granicy szacowałem na max 2 h, co pozwoliłoby mi przy sprzyjających okolicznościach dotrzeć do Przemyśla na pociąg, który odjeżdża do Katowic jakoś po 13.00. Niestety nie było łatwo i na Polskiej ziemi stanąłem dopiero o 19.15, czyli przekroczenie zajęło mi 8h (sic !!!) Nawet najstarsze "mrówki" nie pamiętają tak długiej odprawy. Tego co się działo na granicy nie będę opisywał, bo musiałbym używać słów uznanych za niecenzuralne. Jakość obsługi po stronie ukraińskiej pozostawia jeszcze wieeele do życzenia i w dalszym ciągu Polaków traktuje się tam nie jak sąsiadów, a jak intruzów. Przykre to, tym bardziej, że Ukraina chyba nie ma większego sprzymierzeńca w Europie, niż Polska. Tu, na granicy jest jeszcze głęboki "Sojuz". Żenada :-(

          Na szczęście zdążyłem na ostatni tego dnia pociąg, i jeszcze miałem czas aby trochę się odświeżyć przed podróżą - niech będą błogosławione umywalki na peronach w Przemyślu. Doskonały pomysł. Brawo dla PKP za to że ten zapomniany przybytek ocalał !

W domu jestem przed 6.00.

To koniec mojej samotnej, nadspodziewanie krótkiej, ale udanej wyprawy. Nie przypuszczałem, że będzie mi sie tak dobrze i szybko podróżować samemu. Myślę że to nie była ostatnia samotna wyprawa w Karpaty Ukraińskie.

 

Pod tym linkiem znajdziecie garstkę zdjęć z tego wyjazdu. http://picasaweb.google.pl/doczu30/Czarnohora2007