24.05.2007
Wyjazd nocnym pociągiem do Przemyśla. W Krakowie dosiada się do mnie i Mariusza kolejny uczestnik naszej wyprawy - Michał. Znamy się już z Czarnohory.
Granicę pokonujemy sprawnie, mając już doświadczenie w tym gdzie się ustawić i co wypisywać na tych śmiesznych karteczkach imigracyjnych. Bus do Lwowa, też jakby na zamówienie podstawiony, tak więc do Lwowa docieramy sporo przed południem. Tam tradycyjnie zostawiamy bagaż w przechowalni (5 hr) a następnie dokonuję wymiany waluty i zakupujemy bilety do Kałusza (26 hr bodaj). Następnie udajemy się na miasto aby coś zjeść, pozwiedzać, i dokonać niezbędnych zakupów. Pogoda wyśmienita. Korzystając z GPSów odnajdujemy knajpę z dobrym, ukraińskim jedzeniem "Puzata Chata". To w zasadzie sieć restauracji regionalnych ale jedzenie jest tanie i smaczne i co najważniejsze nie trzeba znać ukraińskiego aby coś wybrać - wystarczy pokazać palcem, ponieważ dania są widoczne. Przy okazji kulinariów polecę też świetne Czieburieki naprzeciwko dworca sprzedawane z małej budki wciśniętej pomiędzy sklepy monopolowe. Pyszne, gorące, ale i nieco droższe niż na mieście. Za to świeżutkie. Korzystając z ładnej pogody zwiedzamy miejsca, których nie zwiedziliśmy będąc we Lwowie ostatnio, i tak na zwiedzaniu i niezbędnych zakupach schodzi nam czas do odjazdu naszego pociągu. Ok 21.00 odbieramy nasze bagaże z przechowalni i idziemy na Peron 3 gdzie już podstawiony jest nasz pociąg. Po kilkunastu minutach oczekiwania zostajemy wpuszczeni do wagonu. Niestety tym razem miejsca mamy nie w ramach jednego "przedziału" i w dodatku na górze, ale cóż - taki lajf :-)
W pociągu jeszcze trochę dyskutujemy, omawiamy trasę itd, a następnie zalegamy na swoich miejscach, aby trochę wypocząć przed wędrówką.
25.05.2007
Do Kałusza, celu naszej podróży pociągiem, docieramy o czasie, czyli krótko przez godz. 3.00 w nocy. Od Milicjanta wysiadającego również w Kałuszu dowiadujemy się, że budynek dworca nie istnieje ponieważ jest remont. Milicjant zapytuje nas czy mamy coś ciepłego do ubrania i poleca nocleg na osobliwej poczekalni, pod chmurką.
Przed dworcem widać światełko na dachu jedynej taksówki. Z głupia frant zapytuję kierowcę ile policzy za kurs do Osmołody - gość nawet nie wie gdzie to. Chwilę po naszym odejściu taxi odjeżdża. Jako że jest ciemno jak w... rozwijamy karrimaty pod jakimś murem i dosypiamy do ok.5.00. Gdy wstajemy przyglądamy się temu co kiedyś było dworcem kolejowym. W zasadzie to tylko dach i 4 ściany. Od jakiegoś gościa w poczekalni pod chmurką dowiaduję się, że kilkadziesiąt metrów dalej jest awtostancja (dworzec autobusowy). Ten Jest w dużo lepszym stanie, i ma nawet rozkład. Autobus do Osmołody odjeżdża o 8.10 zatem znów mamy chwilę na odpoczynek.
Muszę przyznać, że ruch na tym dworcu autobusowym jest dość spory, wiec ze snu nici. Nasz autobus przyjeżdża w miarę punktualnie, choć autobus to chyba za duże słowo. Ale bardzo lubię te klimatyczne pojazdy na Ukrainie. Po ok 2,5 h jazdy (w/g zapowiedzi współpasażerów miało być 1,5 h) docieramy do Osmołody. Tam pierwsze kroki kierujemy do sklepu/knajpy i dokonujemy niezbędnych zakupów, oraz ja zakładam buty bardziej odpowiednie na górskie wycieczki. Cały czas towarzyszy nam przeokropny świst z odpowietrzanej instalacji gazowej.
Po zakupach i przebiórkach czas wyruszyć "za miasto", wiec posiłkując się mapą kierujemy swe kroki ku szlakowi niebieskiemu, który ma nas wyprowadzić z Osmołody w góry. Oczywiście nie obchodzi się bez problemów i tuż za wsią nie mamy jak przekroczyć rzeki, ponieważ bród jest za głęboki, a most kolejki wąskotorowej został porwany przez nurt rzeki. Pozostaje nam zatem iść wzdłuż rzeki i poszukać mostu. Na szczęście kilkaset metrów dalej znajdujemy most drogowy. Nieopodal niego postanawiamy przygotować sobie coś do zjedzenia, jako, że do tej pory nic konkretnego nie mieliśmy w ustach.
Po posiłku odnajdujemy już bez trudu szlak czerwony, który prowadzi na Irhowiec i dalej na Sywulę. Od ubiegłego roku szlak został oznakowany przez Polskich znakarzy z COTG w ramach jakiegoś tam projektu, dzięki czemu idzie się komfortowo i bez żadnych problemów. Przechodzimy przez most wiszący i rozpoczynamy podejście. Niestety daleko nie uszliśmy, ponieważ po ok 2 godzinach marszu tuż pod granią łapie nas burza, więc nie wychodzimy wyżej i postanawiamy ją przeczekać pod tropikiem namiotu. Chwilę później zaczyna padać grad. Najpierw wielkości grochu, a chwilę potem wielkości orzechów laskowych. W tej sytuacji zapada decyzja o tym aby poszukać dogodnego miejsca do rozbicia namiotu.
Po kilkunastu minutach poszukiwania znajdujemy w miarę płaski grunt i rozbijamy namiot, jemy jakiś posiłek i kładziemy się spać.
26.05.2007
Ranek wita nas w miarę pogodny i zapowiada się, że dzień będzie słoneczny. Jemy śniadanie, zwijamy namiot i idziemy w kierunku Irhowca. Pod stokami Irhowca zatrzymujemy się aby roztopić trochę śniegu, ponieważ zaczyna nam brakować wody. Korzystając z okazji jemy drugie śniadanie. Na stoki Irhowca docieramy ok. 10.30 i trawersując szczyt idziemy dalej ku Sywuli po drodze rozglądając się za wodą. Długo nie trafiamy na żadne źródło, ale wreszcie po 2 godzinach marszu trafiamy na strumień. Postanawiamy przy nim zrobić sobie toaletę trochę się odświeżyć. Pokrzepieni "kąpielą" po ok 40 minutach ruszamy dalej. Czujemy się jak "młodzi Bogowie" :-) Niestety krótko po wymarszu czar pryska, gdy natrafiamy liczne wiatrołomy po ostatniej zimie.
po 3 godzinach przedzierania się przez wiatrołomy i gorgan, ok 16.30 stawiamy swe stopy na wierzchołku Sywuli. Pogoda znów zaczyna się pogarszać, postanawiamy więc rozbić obóz na przełęczy pomiędzy WLK a małą Sywulą. Trochę wieje, ale przynajmniej jest płasko i nie ma kamieni pod karrimatą. Szybko staje namiot, znajduje się chrust i płonie ognisko. Znalazła się też łacha starego śniegu, która posłużyła do schłodzenia zakupionego w Osmołodzie destylatu.
Korzystamy z osłony "murku" ułożonego z kamieni i tam odbywa się główna część "imprezy" :-) Na ogniskowaniu, smażeniu hamburgerów w puszcze po ukraińskim odpowiedniku naszego "Paprykarza Szczecińskiego" i spożywaniu destylatów schodzi nam do ok 22.00. Ja z Mariuszem idziemy spać, a Misiek zostaje jeszcze trochę, ale i on w końcu kapituluje. Nie wiem jak pozostali, ale ja spałem snem sprawiedliwego :-)
27.05.2007
Rankiem, posilamy się i szybciutko się zwijamy. Plan na dziś - dotrzeć na Przeł. Legionów. Plany, jak to plany - nie zawsze się dają zrealizować, ale o tym później. Przez wierzchołek Małej Sywuli schodzimy w dół ku Przeł. Ruszczyna. Humory dopisują, pogoda również, i te widoki... ehh... Te chwile zapamiętamy na całe życie.
Na Przeł.Ruszczyna docieramy ok 8.30. Niedaleko ruin schroniska widzimy rozbity namiot, a przy nim dwóch jego mieszkańców, którzy na twarzach mają wyraźne objawy dolegliwości zwanej "zespołem dnia wczorajszego" :-) Zagadujemy o wodę. W odpowiedzi wskazują nam ścieżkę, która doprowadzi nas do źródła. Napełniamy butelki i po chwili pogawędki z Ukraińcami uchodzimy kawałek i giną nam z pola widzenia znaki szlaku i dochodzi między nami do małej różnicy zdań, w którym kierunku powinniśmy się udać.
Ulegamy decyzji Miśka idziemy "na azymut" w dalszą drogę kierując się na Połoninę Czarną i dalej na Przełęcz Legionów. Po chwili marszu wątłą ścieżyną odnajdujemy słupek graniczny nr.16 więc kłopoty orientacyjne mamy z głowy. Tak nam się tylko wydawało. Pokonując kolejne wiatrołomy w pewnym momencie gubimy przecinkę, którą kiedyś biegła granica Polsko-Czechosłowacka, ale zbytnio się tym nie martwimy, bo podążamy wyraźną ścieżką wydeptaną przez konie, które pasły się na jednej z mijanych przez nas polan. Tą ścieżką docieramy do wodopoju oraz szałasu pasterskiego, z którego po chwili wychodzi pasterz. Po chwili rozmowy utwierdza nas w przekonaniu, że dojdziemy tą ścieżką na Przeł.Legionów. Niestety ścieżka, po jakimś czasie, i po kolejnym wiatrołomie, jak to ma w zwyczaju być na Ukrainie
rozpływa się w lesie. Zaczyna się chaszczowanie. Ze względu na gęstość roślinności, stromizny i gorgan kryjący się pod cienką warstwą mchu, zapada decyzja o tym żeby kierować sie w dół. Kiedyś wreszcie dojdziemy do drogi, która prowadzi na Przeł.Legionów. Na chaszczowaniu schodzi nam dłuższa chwila (ok.1 h) ale wreszcie docieramy do dość wyraźnej drogi gruntowej. Tam chwila oddechu, ale nie da się długo posiedzieć, ponieważ meszki skutecznie utrudniają życie i poganiają nas do marszu. W międzyczasie pogoda znów się pogarsza i zaczyna lekko kropić deszczyk, więc zapada decyzja, że schodzimy do Rafajłowej (Bystricy), aby uzupełnić zapasy. Po ok godzinie marszu dostrzegam za nami pasterza, którego spotkaliśmy wcześniej, który wraz z rodziną wraca do Rafajłowej. Zapytuje nas czemu nio poszliśmy na pierjewał. Usprawiedliwiam nas, że pogubiliśmy drogę i poszliśmy nie w tym kierunku w którym powinniśmy iść.
Na pytanie ile jest do Rafajłowej odpowiada że 3 km. Niestety rzeczywistość jest inna i co prawda nie mierzyłem odległości, ale było grubo ponad 3 km. Pewnie nie skłamię jeśli powiem że z 5 km. Na wszelki wypadek upewniłem się, czy we wsi będzie czynny sklep, na co dostałem zapewnienie, że nie jeden. W trakcie wspólnego marszu z podziwem obserwujemy jak ten dziadek oraz dwie jego wnuczki zapewne, zgrabnie i szybko, w upale i duchocie oraz gumiakach na nogach, dziarsko maszerują. Przez jakiś czasu utrzymywaliśmy ich tempo, ale długie zejście jednak daje nam się we znaki i zwalniamy, oddając pole miejscowym. Wreszcie docieramy do wsi, umordowani, upoceni, pierwsze kroki kierujemy do sklepu i zakupujemy po piwku, które w tych okolicznościach znacznie poprawia nam chumory.
Po analizie czasu jaki nam pozostał, oraz trasie jaką jeszcze musimy przejść w trakcie naszej wędrówki. Okazuje się, że mamy spory zapas czasowy, więc zapada decyzja, aby zostać w Rafajłowej na noc. Mało tego postanawiamy przenocować w turbazie (odpowiednik naszego schroniska). Jednak miejscowi zapytani o turbazę, wzruszają ramionami i mówią, że jest tylko hotel. Decydujemy się więc zobaczyć jakie mają ceny. Wspomniany hotel znajduje się vis a vis małego kościoła katolickiego i Pomnika Legionistów w Bystricy. Okazuje się, że cena nie jest zbyt niska, a jak na warunki Ukraińskie wręcz wysoka (40 hr), ale po zapewnieniu właścicielki, że są prysznice i ciepła woda, decydujemy się na te warunki. Na przygotowanie pokoi oczekujemy w "hotelowym" barze, który wyglądem znacznie bliższy jest polskim barom, choć tym niezbyt wyszukanym. Ale jest czysto, świeżo i stosunkowo zadbany.
W barze dokonujemy zamówienia a w czasie oczekiwania na przygotowanie posiłku udajemy sie do pokoju. Pokój "hotelowy" to wydzielona część budynku zamieszkanego przez właścicielkę z rodziną, ale nasz pokój znajduje się w kameralnym zaułku, i co najważniejsze jest czysty, schludny i blisko toalety z prysznicem.
Odświeżamy się i przygotowujemy łóżka do spania ( każde łóżko z czystą pościelą i nakryte oryginalnym wełnianym kocem z karpackim wzorkiem. Pościel z charakterystycznym "okienkiem". Furorę też robi kibelek, a w zasadzie deska sedesowa, która jest miękka ! Siedzi się na tym jak na tronie) :-)
Po odświeżeniu się schodzimy na dół do baru i w okamgnieniu wcinamy to co nam podano. Na nasz posiłek składało się pieczone udko z kurczaka z "frytkami", które w zasadzie okazały się niedużymi ziemniakami krojonymi w ćwiartki. Popijamy to jakimś piwkiem. Za tę kolację dla trojga zapłaciliśmy 42 hr. Kupujemy jeszcze po piwku i idziemy na górę, aby poleniuchować w łóżkach. Nawet nie pamiętam kiedy zasnąłem.
28.05.2007
Rano Wypuszczamy się na zwiedzanie miejscowości, a przy okazji zbieramy punkty charakterystyczne w GPS. Okazuje się, że wieś jest dość spora i w zasadzie samowystarczalna. Po powrocie z obchodu ustalamy z właścicielką, że pokój opuścimy ok południa i zamawiamy sobie w barze jajecznicę (18 hr za 3 porcje podwójne). I tu ciekawostka. Nie wiem czy z barmanką nie zrozumieliśmy się, czy też tak wygląda ukraińska jajecznica, ale otrzymaliśmy coś w rodzaju naszego jajka sadzonego z szynką w środku. Nie powiem smaczne to było, ale jednak jestem przyzwyczajony do tradycyjnej jajecznicy jaką podaje sie w Polsce.
Po posiłku i zakupach w sklepie ruszamy na Przełęcz Legionów. Na szczęście nie musimy się wspinać mozolnie pod górę, ale korzystamy z malowniczej doliny potoku Bystrica i wędrujemy gruntową drogą, która z czasem przechodzi w drogę zrywkową. Po drodze mijamy oznaki "gospodarki leśnej" - chaotycznie prowadzone wyręby, walające się wszędzie ścięte pniaki. Znów zaczyna padać i droga zrywkowa miejscami zamienia się w kolosalne bajora z rozjeżdżonym błotem. Na szczęście niedaleko przełęczy droga odbija w bok i wygląda już jak droga. I tak, dość wygodnie i po niezbyt długim podejściu, za to w mżawce docieramy na pierjewał. Jest godzina 14.30.
Na przełęczy interesujemy się inskrypcjami na tablicach, oraz samym krzyżem, wykonujemy fotki i rozmyślamy co dalej robimy w obliczu padającego co chwilę deszczu. Jako że mamy sporo czasu, postanawiamy rozbić obozowisko tuż za przełęczą, na małym wypłaszczeniu. W okamgnieniu staje namiot, ja zorganizowałem trochę suchych gałęzi i już po chwili, mimo siąpiącego deszczu mamy ogień. Znajdujemy też wodę, uzupełniamy zapisy i bierzemy sie za przygotowanie posiłku. W międzyczasie pogoda się nieco klaruje i przestaje padać deszcz, a do naszych uszu dobiegają brzęki dzwonków krów, które niewiadomo skąd nagle się pojawiły na przełęczy. Chwilę potem pojawia się i właściciel krów, z małżonką. Przychodzi sie przywitać, a my częstujemy go destylatem zakupionym w Rafajłowej. Jako że nie mogłem znaleźć kieliszka (jak się później okazało tak powinno pozostać), pociągnął "z centrali" solidny łyczek, tak że we flaszeczce ubyło z 1/3 jej objętości, ja dla towarzystwa pociągnąłem nieco skromniej, i po krótkim razgaworze i wspominkach Sojuza oddalił się do swej małżonki, która zaczęła utyskiwać, że znów pije alkohol :-)
My tymczasem zajęliśmy się biesiadowaniem. Misiek namawiał nas do spróbowania swoich kabanosów, które przeleżały u niego w plecaku od początku naszej wyprawy, w temp. ok 25 st., przy znacznej wilgotności i szczelnie zawinięte w jednorazówkę. Z trudem można było je odwinąć z papieru, a jak pachniały. Niejeden koneser serów pleśniowych byłby zdumiony na ten zapach, że o kolorze już nie wspomnę. Chłopak się nanosił, a kabanosy trzeba było wyrzucić, bo nawet po upieczeniu nie odważyłbym się ich zjeść. Pozostało nam zatem się z tej okazji upić, niestety pod koniec opróżniania butelczyny Misiek-Destruktor (:-D) nie posłuchał mojej rady aby nalać i flaszeczka się przewróciła, nie dość, że ulało się niemało, to jeszcze mój słynny kieliszek, zakupiony w Czarnohorze, a mający już niemałe tradycje, stłukł się :/ Tak to jest jak się nie słucha starszych ;-)
Czar wieczora prysł wraz z kieliszkiem. Dopiliśmy co zostało i poszliśmy spać.
29.05.2007
Rankiem, w trakcie przygotowywania posiłku pojawił się znów , znajomy pasterz, tym razem chciał abyśmy mu dali jakiś pojemnik, to przyniesie nam mleka. Po chwili gość niesie nam ponad litrowy pojemnik z mlekiem. Dziękujemy i z pewną taką obawą zabieramy się do tego mleka. Ja mając 33 lata pierwszy raz piłem mleko prosto od krowy. Wcześniej było kilka okazji, ale jakoś nigdy z nich nie korzystałem w obawie przed sensacjami żołądkowymi. Tym razem jednak nie było podszeptywaczy, aby tego nie robić, i odważyłem się. Kto pił mleko prosto od krowy wie jak smakuje, a Ci, którzy tego nie robili i tak nie będą wiedzieć co piją kupując mleko w sklepie. Po śniadanku, na które składały się, a jakże - płatki na mleku ruszamy w dalszą drogę, w stronę Pantyra i słupka granicznego nr 1. Tuż za kolibą, która znajduje się niedaleko przełęczy gubimy na jakiś czas szlak, ale po pewnym czasie odnajdujemy go i już bez większych przeszkód ale po dość długim marszu docieramy na Pantyr. Okazuje się, że droga jest dłuższa niż nam się wydawało. jakoś dziwnie mi się patrzy na te Ukraińskie mapy. Mimo że 50 tka, to jakoś na naszych 50 tkach te czasy przejść są krótsze.
Tak czy inaczej po kilku fotografiach słupka z orłem legionowym, ruszamy w dalszą drogę ku Przełęczy Okole. Wprawdzie w pierwszej wersji mieliśmy właśnie dotrzeć na Przeł. Okole, ale z czasem okazało się to niewykonalne, ze względu na czas, zatem jako cel postawiliśmy sobie Bratkowską, czyli miejsce w którym szlak z Połoniny Czarnej odbija na Świdowiec. Pogoda cały czas dopisuje, my idziemy w lesie, czyli trochę z widokami krucho, ale za to nie pali nas słońce. Dopiero przy Durnej wychodzimy na połoniny skąd roztaczają sie rewelacyjne widoki na dolinki, wśród których leży Rafajłowa. Widać, też, że pomału zbierają się burzowe chmury, które tworzą niezapomniany spektakl światła i cieni. Uwijamy się więc i spieszymy ku Bratkowskiej, aby znaleźć jakieś sensowne miejsce na nocleg, a w międzyczasie od strony Rumunii przez góry przewala się potężne chmursko, które niebawem wchłania nas. Miejsce na biwak znaleźliśmy tuż pod podejściem na Bratkowską. Miejsce średnie jeśli byłaby burza z wyładowaniami, ale na szczęście obchodzi się bez piorunów. Już podczas padającego deszczu staje namiot, a ja z Miśkiem szybko rozpalam ogień, aby rozpalił się zanim deszcz zmoczy wszystko. Kolejny raz wszystko załatwiamy sprawnie. Nawet hamburgery usmażone na kamieniu zdążyliśmy zjeść, choć pod koniec deszcz wzmógł się na tyle, że końcówkę posiłku zjedliśmy w namiocie. Była godzina ok 18.00. Na zewnątrz ulewa, wewnątrz nuda. Dobrze że był zasięg, to mogliśmy odebrać smsy od znajomych. Gdy ulewa ustała , ja z Miśkiem poszliśmy fotografować mgły w dolinach. Rewelacyjny widok. Bystrica była cała pokryta dywanem chmur, ponad chmury wystawały tylko szczyty górskie. Naprawdę przecudne widoki.
30.05.2007
Ranek nie przyniósł żadnych zmian - dalej pogoda pod psem :/ Chmury, mgła, morale nie jest zbyt wysokie. Wczoraj ustaliliśmy że jeśli pogoda nie ulegnie poprawie, to skracamy nasz pobyt o jeden dzień. Nie ma się co kisić w namiocie w taką pogodę, a plan zakładał jeden lajtowy dzień w okolicy jeziorka pod Todiaską. Plan na dziś jest prosty - dotrzeć nad jeziorko. Niby proste, a jednak zeszło nam trochę, zanim tam dotarliśmy.
Zaczęło się od tego że przegapiliśmy zejście w kierunku Świdowca i zamiast odbijać prosto ze szczytu Bratkowskiej na Świdowiec, chcieliśmy zejść nieco dalej, ale okazało się, że dalej nie ma żadnej widocznej ścieżki kierującej się na pasmo Świdowca. Wracamy zatem i po chwili postanawiamy przychaszczować, w miejsce, gdzie jak przypuszczaliśmy będzie ścieżka. Po kilkudziesięciu metrach przedzierania się przez jałowiec widać coś jakby ścieżkę. Można ją odróżnić po wygniecionych konarach karłowatego jałowca. Po kilkunastu minutach takiej wędrówki nasze buty pozbawione już od kilku dni impregnacji, oraz odzież nasiąkają wodą z nocnej ulewy i z rosy kondensującej się, z chmur, które nas otaczały. Po kilkudziesięciu metrach ścieżka tradycyjnie rozpływa się w kolejnej gęstwinie karłowatego jałowca. Wychodzimy zatem na polankę i idziemy skrajem lasu w nadziei na odnalezienie ścieżki. Udaje się coś odszukać, ale ta ścieżka jest dość marna, niemniej lepsza taka ścieżka niż żadna. Idziemy nią.
W końcu ścieżka dociera do przecinki w lesie, która wygląda na utworzoną jakby na potrzeby linii energetycznej, ale nigdzie nie ma ani śladu słupów. Schodzimy trochę na azymut tą przecinką. Momentami jest bardzo sporo, ale widać ślady zwierząt kopytnych, więc zejść się da. Parę poślizgów i upadków się nie liczy :-) Po jakiejś godzinie takiego schodzenia naszą marszrutę przecina dość wyraźna ścieżka. Idziemy nią. Jak się okazuje prowadzi ona korytem potoku do następnego potoku. W jednym z głębszych miejsc dokonujemy rytuału oczyszczenia i opłukujemy się w dość zimnej wodzie. Kąpiel choć nie należała do przyjemności, sprawia nam radochę i poprawia samopoczucie. Zakładamy świeżą odzież. Nie na długo pozostaje świeża. Przedzierając się przez gęstwinę i potok docieramy do drogi zrywkowej, która z kolei doprowadza nas do kolejnej drogi, tym razem uczęszczanej, przy której prowadzona jest intensywna, choć sprawiająca wrażenie chaotycznej, zrywka. Mija nas DET, a chwilę dalej docieramy do chatki leśników, gdzie upewniam się co do kierunku marszu. Po kolejnej godzinie marszu docieramy do polany z dość sporym budynkiem przeznaczonym dla myśliwych czy leśników. Wprawdzie obiekt jest zamknięty, ale do jednego z okien dostawiona była drabina, więc weszliśmy do środka. Obiekt lata świetności ma już za sobą, ale widać, że prowadzone są prace, aby mu przywrócić jego pierwotny stan i funkcje. Bardzo wygodnie można by tu przenocować.
Po penetracji budynku i wykręceniu skarpet z wody ruszamy dalej ku Przełęczy Okole. Niestety nie docieramy tam, ponieważ droga prowadzi dziwnie w dół i decydujemy się na powrót i marsz w innym kierunku. Nieopodal domu myśliwskiego trafiamy na ścieżkę, która w/g azymutu powinna doprowadzić nas w pasmo Świdowca. Z ufnością idziemy nią. Co jakiś czas z gałęzi zwisają kawałki folii, które wyraźnie sugerują, że ktoś próbował tu znaczyć coś na wzór szlaku.
Mijając po drodze skupisko opuszczonych szałasów pasterskich docieramy do podnóża jednego ze wzniesień w paśmie Świdowca. Po pokonaniu sporego i ostrego podejścia docieramy na szczyt, z którego rozpościera się wspaniały widok na Todiaskę i inne góry w Paśmie Świdowca. Pogoda się trochę poprawia, ale morale niestety leży, ze względu na przemoczone obuwie i odzież. Po krótkim odpoczynku trawersujemy jedno ze zboczy i teraz w zasadzie cały czas poruszamy się ścieżkami trawersującymi zbocza, kierując się na Todiaskę. Nie docieramy jednak do jej stóp, ponieważ wcześniej zauważamy jeziorko w malowniczej dolince, które jak się później okazało, błędnie wzięliśmy za jeziorko pod Todiaską. Docieramy na dół ok 17.30. Rozwijamy namiot aby trochę przesechł i bierzemy się za przyrządzanie posiłku. Dziś będzie uczta, bo pozwalamy sobie na zjedzenie całego naszego zapasu, pozostawiając jedynie niewielką porcję na śniadanie. Szef kuchni poleca spaghetti bolognese, oraz kabanosy.
Po posiłku rozbijamy namiot, wykonujemy ostatnie sesje zdjęciowe - wszystko w pośpiechu bo meszki nas nie oszczędzają. Chwila bez ruchu i juz nas obsiadają. Nawet nie chce nam sie rozpalać ogniska. Kładziemy się. Chłopcy się alienują słuchając swoich mp3, ja pozbawiony towarzystwa szybko zasypiam.
31.05.2007
Ranek początkowo zapowiada się dość interesująco, ale szybko wchłaniają nas chmury, i tuż po wymarszu zaczyna siąpić deszcz, który już na podejściu pod Todiaskę zamienia się w dość intensywny opad. Do tego dochodzi dość nieprzyjemny wiatr. Na szczęście udaje nam się znaleźć znaki żółte, co pozwala nam na dość łatwe nawigacyjnie wędrowanie. Widoczność pogarsza się do max 50m i siąpiący deszcz wyciąga z nas resztki motywacji. W tych okolicznościach podejmujemy decyzję o pominięciu szczytu Bliźnicy (najwyższy szczyt Świdowca) i obraniu kierunku na schronisko Dragobrat.
Idziemy bardzo wyraźną drogą gruntową, wyjeżdżoną przez quady , motory oraz UAZy cholera wie jakich służb, a może i osób prywatnych. Droga ciągnie się niemiłosiernie długo i dopiero po ponad 2 godzinach marszu przy mocno ograniczonej widoczności i lejącej się z nieba wodzie docieramy do pierwszych zabudowań w okolicy gdzie powinno być schronisko Dragobrat. W oczy rzuca się budowa co najmniej kilku hoteli/pensjonatów. Za dużo widać nie było. I tak niemal po omacku przyglądamy się z uwagą kolejnym zabudowaniom, w nadziei na odnalezienie szukanego przez nas schroniska. Żaden z budynków do których podeszliśmy nie okazał się schroniskiem. Po drodze minęliśmy kilka wyciągów narciarskich. Wreszcie schodząc już drogą w dół trafiamy na to czego szukamy. Z mgły wyłania się ledwo widoczny napis na drewnianym budynku: "Pritułok - Dragobrat" Już byliśmy w ogródku, już witaliśmy się z gąską, gdy do naszych uszu dobiegł warkot silnika i za chwilę pojawiły się światła samochodu.
I tu dylemat - łapiemy stopa, czy zachodzimy do schroniska. Mariusz decyduje, że łapiemy stopa. Zatrzymuje się UAZ a w nim kierowca i pasażerka. Pytamy czy podwiozą nas do Jasinii, na co kierowca ładuje nasze plecaki do luku bagażowego, a my zajmujemy miejsca na tylnych siedzeniach. I tu zaczyna cię bardzo emocjonujący i ciekawy element naszej podróży. Prawdziwy offroad po ukraińskich bezdrożach, które po deszczu nie sprawiają wrażenia stabilnych. Jazda obfituje w ciekawe zjazdy i mocne wstrząsy, ale jest git. Jeszcze ze 2 dni wcześniej marzył mi się taki offroad właśnie UAZem, a tu dziś proszę - niespodziewane spełnienie marzeń :-)
Ze zdziwieniem obserwujemy, że odtwarzacz CD zamontowany w pojeździe nie przerywa odtwarzania, nawet podczas ostrych wstrząsów. Wot Tjechnika.
Po kilkunastu minutach jazdy wjeżdżamy wreszcie na asfalt i do centrum Jasinii docieramy już bez problemów. Tam rozliczamy się z naszym dobroczyńcą. Kierowca, wbrew ukraińskiej tradycji nie narzuca swojej kwoty, a proponuje "co łaska". 20 Hr satysfakcjonuje obie strony. Mamy jeszcze 10 minut do odjazdu Marszrutki do IwanoFrankowska (odjazd 12.30), więc robimy zakupy w pobliskim sklepie. Oczywiście na pierwszy ogień idą słodycze i piwo. tego nam było trzeba.
Kierowca wpuszcza nas do pojazdu. Czujemy się trochę nieswojo, ponieważ pojazd jak na warunki ukraińskie jest bardzo nowy i czysty. Nasze buty i odzież nie za bardzo pasują do niego. No ale co zrobić. Na szczęście marszrutka nie jest wypełniona po brzegi więc otwieramy okno i nikt się nie buntuje że jest przeciąg, a należy tu przypomnieć, że Ukraińcy mają wręcz fobie na punkcie przeciągów, i otwierane okna czy szyberdachy, to luksus. Niewykluczone, że w naszym sukcesie pomogło nam zdjęcie obuwia, które jak się nietrudno domyślić nie pachniało zbyt ładnie po przemoczeniu :-)
Tak czy inaczej mieliśmy spokój, i nic nie zapowiadało czekających nas przygód. A były one związane z 2 przesiadkami, które nas czekały po to aby dotrzeć do IwanoFrankowska. Pierwsza czekała nas gdzieś w okolicach Delatynia, druga w okolicy Bohodorodczan. Widać tak jest bardziej ekonomicznie dla kierowców. Myśleliśmy że taka jazda „na raty” to norma w tych okolicach, ale sądząc po zdziwieniu współpasażerów to jednak nie jest norma.
Do IwanoFrankowska docieramy ok 15.00 tam pierwsze kroki kierujemy na dworzec kolejowy, ale jak się okazuje nie mamy połączenia do Lwowa, więc wracamy na dworzec autobusowy i okazuje sie, że mamy marszrutkę do Lwowa za ok 20 minut. Podejmujemy decyzję, że jedziemy, choć ja wolałem zostać i trochę zwiedzić miasto, skoro nadarza się okazja, ale chłopcy nalegali aby jechać.
Starym, ukraińskim zwyczajem kierowca kasuje nas po 20 hr i wręcza nam jakieś lipne bilety, informując, że jakby ktoś pytał, to jedziemy do Kałusza. Tym razem już bez przesiadek jednak docieramy do Lwowa. Jest krótko przed 21.00 Niestety na rozkładzie nie widać żadnego autobusu ani marszrutki do granicy. Połączenia kolejowego tez nie mamy :-( Na rozkładzie były kiedyś autobusy do Polski, ale obecnie godziny odjazdów są odklejone. Wobec zaistniałej sytuacji ja z Miśkiem idziemy wydać ostatnie hrywny. Misiek szuka chałwy, a ja zadowalam się Czieburjekiem. Drogim, ale przepysznym. Gdy docieramy do mariusza, który został przy plecakach, zauważam autobus, który jak się okazuje jedzie do Przemyśla. Koszt biletu, to 28 hr od osoby. Wsiadamy więc czym prędzej. Na szczęście kierowca nie kasuje nas od razu, bo już w trakcie jazdy, gdy pomagier kierowcy zbierał należność za przejazd dowiedzieliśmy się, że w Przemyślu będziemy najwcześniej ok.1.00.
To nas w ogóle nie satysfakcjonowało, więc ustalamy że jedziemy tylko do granicy, a tą pokonamy pieszo. Skasowano nas po 15 hr, więc co najmniej o 5 hr więcej niż kosztuje taki kurs, ale już nie chciało nam się wykłócać, i byliśmy szczęśliwi, że jedziemy, i że może uda się dotrzeć do domu nad ranem. Niestety kolejka na granicy mocno nadszarpnęła naszą w to wiarę. Pierwsze kroki kierujemy do tzw. "leja", z nadzieją, że uda nam się trochę przyspieszyć odprawę. Niestety pogranicznik ukraiński odsyła nas na koniec kolejki, jakoś głupio to uzasadniając. Później przypominam sobie, że ten sam kołek "obsługiwał" granicę jak jechaliśmy z Czarnohory w zeszłym roku. No cóż - widać mamy pecha do takich kołków.
Tego co się działo na granicy, opisywał nie będę, bo trzeba by używać niecenzuralnych słów, ale zeszło nam tam na odprawie ponad 2 godziny :/ Na szczęście nasi pogranicznicy bez słowa puścili nas bez kolejki. Ja ciekaw jestem jak Ukraina wyobraża sobie ruch graniczny w trakcie Euro 2012.
Na dworzec PKP w Przemyślu docieramy jakoś po północy. Ostatni pociąg do Katowic odjechał o 22.30, a kolejny jest o 5.10, zatem czeka nas noc na dworcu.
idziemy więc na peron i na ławce rozkładamy śpiwory, aby spędzić w miarę komfortowo noc.
Tu zakończę swoją opowieść, ponieważ podróż koleją do zbyt pasjonujących nie należy. Nadmienię tylko że Miśka pożegnaliśmy w grodzie Kraka, a w domach byliśmy około południa.
Tak zakończyła się nasza kolejna przygoda na Ukrainie. Na pewno tam jeszcze wrócimy.
Jakby ktoś chciał sobie pooglądać
zdjęcia, to zapraszam pod ten link
http://picasaweb.google.pl/doczu30/GorganyWidowiec2007