6.10.2005 - To ostatni dzień w Bieszczadzie :-(

   

          Tego dnia również budzimy się wcześnie, no ale nie ma się co dziwić - gdy jest taka piękna bieszczadzka jesień, to szkoda marnować każdej minuty. Bez ochoty zwinęliśmy się z łóżek, i jęliśmy się pakować powoli sprzęt. W przerwie na pakowanie zrobiliśmy sobie śniadanie, podobne jak wczoraj, czyli pulpę. Po posiłku strasznie nas korciło, aby wypić piwo, które nam zostało jeszcze z zapasów z Mucznego, ale twardo postanowiliśmy, że wypijemy je sobie jak dojdziemy na Bukowe Berdo. Pakowanie poszło nam bardzo sprawnie, i już po godzinie od momentu gdy zaczęliśmy, byliśmy gotowi do drogi. Jeszcze tylko ostatnie porządki w chacie, wpis do zeszytu, ostatni rzut oka czy nie zostawiliśmy niczego, czego nie chcielibyśmy zostawić i opuszczamy chatę. Zamykamy drzwi i okiennice (nasz poprzednik, który był w chacie 2.10 zapomniał o tym). Była godzina ok. 8.00 jak wyszliśmy na szlak. Kierunek Bukowe Berdo.
          Jako, że mgła o tej porze roku nie jest jakimś nadzwyczajnym zjawiskiem, wcale nas nie zdziwiło, że w zagłębieniach terenu roślinność była mokra od rosy. Szybko tez, jako że szedłem pierwszy, przemokły mi spodnie. Ale na szczęście takich odcinków nie było wiele, więc w przerwach między nimi zdążyłem przeschnąć. Tutaj Grzesiek na jednym z takich "OS-ów" :-) Na szczęście w pierwszej połowie naszej wędrówki przeważały odcinki leśne, gdzie szło się bardzo komfortowo. Tutaj ja na jednym z takich odcinków. I tak idąc sobie dość spokojnie, nie forsując się zbytnio, i umilając sobie wędrówkę rozmowami na temat pogody i kolejnego szczęśliwego pobytu w Bieszczadach doszliśmy do granicy lasu, a co za tym idzie, do połowy naszej trasy, którą oceniałem na około godzinę z chaty na Bukowe Berdo. Tutaj odpoczęliśmy chwilkę dłużej, i po uzupełnieniu płynów ruszamy dalej. Po opuszczeniu granicy lasu uparcie przemy naprzód, podziwiając jednocześnie uroczą bieszczadzką jesień. Słońce wznosi się już coraz wyżej nad horyzont (nie mylić z siecią sklepów turystycznych ;-), ogrzewając nasze spocone twarze. Wiaterek z dolin zaś bardzo przyjemnie chłodzi, i przynosi ulgę. Po 1.10 h docieramy na Bukowe Berdo. Pusto, cisza, spokój, tylko wiatr hula na połoninie. Kurcze rewelacja. Widoczność nienajgorsza. Gdy tak stałem (sam, bo Grzesiek został kawałek z tyłu) poczułem się jak Leonardo Di'Caprio na dziobie "Titanica" - kurcze rewelacyjne uczucie. Nie istniało nic - tylko ja i góry. Aż boję się pomyśleć, jakie emocje przeżywają zdobywcy najwyższych gór świata. Ja tymczasem cieszyłem się swoim malutkim sukcesikiem.
          Po kilku minutach na szczyt dociera Grzesiek. Siadamy na barierce ograniczającej szerokość szlaku przebiegającego przez szczyt, i wyciągamy z plecaka po ostatnim piwku, które czekało właśnie na tę okazję. Warto było je dźwigać, dla takiej chwili. Sączymy z wolna ciecz z puszki, a tymczasem na horyzoncie pojawia się pierwszy turysta. Mija nas, wita się, i idzie kawałek dalej, gdzie przycupnął na kamieniu. My też zmieniamy miejscówkę, bo wiaterek, który tak miło nas chłodził, gdy byliśmy zgrzani, teraz zaczął  być dokuczliwy. Schroniliśmy się więc za skałką, co jakiś czas wychodząc, aby zrobić sobie zdjęcie. Na takiej sielankowej bezczynności zeszła nam godzina, albo i dłużej. Nie chciało nam się ruszać zupełnie. Miło tak było nie spieszyć się nigdzie. To jeden z niewielu dni, jakie spędziłem w Bieszczadzie, w czasie których nie musiałem się spieszyć. Przeważnie moje pobyty tutaj są krótkie i intensywne, co nie zawsze pozwala się cieszyć urokami otaczającej mnie natury. tym razem było inaczej, i przyznam, że miłe to uczucie. Tak czy inaczej nadszedł moment, kiedy trzeba było się zbierać. Wprawdzie początkowo planowałem, że przejdziemy do Widełek, ale ostatecznie z Grześkiem ustaliliśmy, że pójdziemy przez siodło pod Tarnicą i Szeroki Wierch do Ustrzyk Górnych. Ciekaw byłem, jak będzie nam się schodzić z Krzemienia na Przełęcz Goprowców, bo odcinek to dość stromy, a w tym kierunku jeszcze nie szedłem. Trasa na szczęście okazała się niewymagająca, a przynajmnie nie na tyle, abyśmy sobie z nią nie poradzili dość szybko. Schodziło się bardzo wygodnie, bo od kilku dni świeciło słońce i nie spadła nawet kropla deszczu. Na Przełęczy Goprowców spotykamy kolejnych tego dnia turystów. Idą w kierunku Halicza. Na szlaku koło źródełka nad Przełęczą Goprowców ustawiono drewniane barierki. Rozwiązanie średnio sensowne, bo  burzące całkowicie harmonię tego miejsca. Zresztą można to sobie zobaczyć na tym zdjęciu. Nie wiem jak Wam, ale mnie się takie rozwiązanie nie podoba wcale. Co innego gdy takie barierki ustawia się gdy szlak biegnie lasem. A przy okazji dodam, że niektóre odcinki szlaku, wyglądają zupełnie inaczej gdy pokonuje się je w przeciwnym kierunku. W maju pokonywałem ten odcinek, i jakoś nie zwróciłem uwagi, na ten odcinek, a przecież wygląda pięknie. Idealne miejsce do zrobienia zdjęcia. Wreszcie docieramy na siodło pod Tarnicą. Tu chwila oddechu. Turystów coraz więcej. Śmieci niestety też :-(  Po chwili oddechu wchodzimy na Tarnicę. Początkowo miałem nie wchodzić, bo przecież byłem już tu tyle razy, ale pogoda była rewelacyjna, to myślę sobie - co mi szkodzi. Zwłaszcza, ze od mojego ostatniego pobytu tutaj zmieniłem aparat fotograficzny, to będzie okazja porównać zdjęcia :-) Każdy pretekst jest dobry, żeby wejść :-)
          Na Tarnicy nie obędzie się bez tradycyjnej fotografii. Odpoczywamy tu chwilkę, a nawet troszkę dłużej, dzwonimy do znajomych i rodziny, i czas zbierać się w drogę powrotną.   Schodzimy na siodło a potem podchodzimy na Szeroki Wierch. Tu trasa jest już wybitnie spacerowa, więc idziemy dziarsko. Mijamy po drodze chyba z 4 grupy młodzieży szkolnej oraz oazowej. Pocieszające jest, że większość tych młodych ludzi wie jak należy się zachować, i mówią "dzień dobry", a reszcie kij w oko. Na zejściu z Szerokiego Wierchu spotykamy grupę ludzi, z którymi chwilkę rozmawiamy. Pytają nas jak daleko jeszcze na Tarnicę i takie tam. Jedną z pań, ubraną w bluzeczkę okrywającą tylko strategiczne części kobiecego ciała, uprzedzamy, że na górze wieje srodze, i lepiej żeby założyła polar. Obiecała, że tak zrobi. Przy okazji z zazdrością patrząc na nasze kije trekkingowe pytają, czy nie pożyczylibyśmy im ich. "Dogadamy się jakoś" odparłem. Skwitowali to uśmiechem, i padło już chyba standardowe pytanie, czy w plecakach mamy tez takie składane nartki, na co ja udzielam standardowej odpowiedzi, że "mieliśmy, ale nam się starły na kamieniach". Zresztą na odcinku leśnym, tego szlaku, mijając już kolejną grupę młodzieży szkolnej słyszymy głupawe uśmieszki, za plecami, w stylu: "patrz, śniegu nie ma a Ci z kijkami" itp. Zbyłem milczeniem  gówniarzy - co tu gadać z kołkami. Oczywiście 100% grupy, łącznie z opiekunami posiada wysoko wyspecjalizowane obuwie trekkingowe marki adidas, a dodam, że na odcinku leśnym było dość ślisko. Brak jakiejkolwiek mapy zbędę milczeniem. No ale cóż - nie moja to sprawa. Wcześniej jednak na odpoczynku w wiacie (tej położonej wyżej) spotkaliśmy dwoje młodych ludzi. Z rozmowy dowiedzieliśmy się, że chłopak wziął koleżankę na zwiedzanie Bieszczadów. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że o ile chłopak był obrany w miarę stosownie na górskie wędrówki, o tyle dziewczę obute z pantofle, które nie sięgały nawet do kostek, na lekkim obcasiku, prezentowało się co najmniej dziwnie. Nie jestem pewien, czy koleżanka miło będzie wspominać wycieczkę w Bieszczady.
          Na dół dotarliśmy już bez większych przygód. Przy punkcie kasowym opróżniliśmy nasze plecaki ze śmieci znalezionych na szlaku. I tak zresztą nie zbieraliśmy wszystkiego co spotkaliśmy, ale jako żywo miałem w pamięci "przygodę" z Mucznego, i zniechęcony byłem do tego typu akcji. W okolicy Hoteliku "Biały" wykonałem jeszcze jedno ujęcie 'Bieszczadzkiej jesieni". To w tym momencie ustalamy z Grześkiem, że pomimo wcześniejszych ustaleń, które zakładały nocleg w "Kremenarosie", nie zostajemy na noc w Bieszczadach, ale jedziemy od razu do Sanoka. Wszystko zależ od tego jak wypadną nam połączenia. Uznaliśmy, że nie ma sensu wydawać kasy, na nocleg, tylko po to, żeby się umyć (bo na tym nam najbardziej zależało).
          Do Ustrzyk doszliśmy około 13 z minutami. PKS mieliśmy mieć za dwie godziny więc uznaliśmy że czas zjeść wreszcie po tylu dniach jakieś konkretne danie. Zanim jednak swoje kroki skierowaliśmy do knajpy "U Eskulapa" na przystanek podjechał bus. Po krótkiej rozmowie z kierowcą okazuje się, że o 15.00 jedzie do Sanoka (miasta zamieszkałego przez "Krasnala Półchrapka" ;-) i to kierowca zarzekał się, że zrobi to w 1,5 godziny. Była to dla nas dobra wiadomość, ponieważ w takiej sytuacji mieliśmy szanse zdążyć w Sanoku na pociąg do Krosna. Umówiliśmy się więc z kierowcą, że będziemy z nim jechać, ale najpierw idziemy coś zjeść. Wracamy więc do lokalu "U Eskulapa". Z wcześniejszego pobytu wiedziałem, że mają tam bardzo dobry żurek w chlebie i placek po bieszczadzku. Nie złamałem tradycji i zamówiłem sobie ten duet. Jak zwykle żurek był pyszny, a i placek po bieszczadzku mu nie ustępował. Tylko miejsca na piwo brakło :-( Gdy już kończyliśmy posiłek zauważyłem, że nasz bus odjeżdża. O kur... powiedziałem do Grześka. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom :-/ Przyznam szczerze, że już dawno nie przeżyłem takiego zawodu. Nie szczędziliśmy słów powszechnie uznawanych za nieparlamentarne pod adresem kierowcy, bo przez jego niesolidność nasz plan runął w gruzach. No ale pokrzepieni posiłkiem, poszliśmy na zakupy do delikatesów, dokonać jakiś zakupów na drogę. Przede mną stała grupka młodzieży w wieku "na oko" 16 lat. umawiali się ile będą kupować alkoholu. Ilości jakimi operowali, przeraziła mnie trochę, bo taką ilością alkoholu to nawet ja mógłbym się nieźle upić. No ale cóż - sam kiedyś byłem młody (sam nie wiem kiedy ;-), i za kołnierz nie wylewałem, więc częściowo mogłem zrozumieć młodzików. Zadziwiające, że prym w zakupach wiodły dziewczyny. Ciekaw byłem tylko jednego - czy ekspedientka poprosi ich od dowód osobisty. Pierwsza dziewczyna dochodzi, i ekspedientka nie zawiodła mnie. pyta o dowód. Okazuje się, że dziewczyna miała, to też zakupy zostały dokonane. Swoją drogą dziwi mnie, jedna rzecz - nigdzie nie widziałem opiekunów tej grupy. Po zakupach wsiedli do autokaru na lubelskich blachach i odjechali. Pewnie potem, niejeden z nich będzie się chwalić, że był w Bieszczadach, a że tylko w sklepie, to pewnie już nikt nie doda. Ehh - człowiek jak młody to jest głupi. Wracam do naszej sytuacji. Niestety nie przedstawiała się różowo - PKS-em nie mieliśmy szans aby zdążyć na pociąg do Krosna. Staliśmy więc zrezygnowani na przystanku, złorzecząc pod adresem kierowcy, który nas wyrolował. Ja przy okazji poszedłem na drugą stronę ulicy sfotografować lipę, pod która tradycyjnie spożywamy jakiś trunek. Tym razem tradycji nie podtrzymamy, bo ani nastroju nie ma, a i z gotówką nie jest najlepiej. Trzeba mieć jakiś zapas na bilety. W pewnej chwili patrzę, od Wetliny jedzie "nasz" bus. Jest 14.45. Zastanawiam się, czy zatrzyma się tu. Zatrzymał się :-) Jeśli odjedziemy zgodnie z obietnicą o 15.00 i pojedziemy  1,5 godziny, to spokojnie zdążymy na pociąg. Kierowcy opowiadamy, że myśleliśmy, że nas zostawił na pastwę, ale powiedział, że on takich rzeczy nie robi. Skoro się umówił, to musiał być. A nawet jeśli by nie mógł, bo trafiłby mu się jakiś kurs (jak ten do Wetliny), to podesłałby inny bus. Tak czy inaczej zmęczeni, najedzeni, zadowoleni, że mamy gdzie siedzieć rozłożyliśmy się w busie i oczekiwaliśmy na odjazd. Odjechaliśmy z 10 minutowym opóźnieniem, ale nie wpłynęło to na nasze plany.
          W sanoku nie poszliśmy na pociąg, jak wcześniej mieliśmy w planach, ale udaliśmy się na PKS, bo okazało się, że za kilka minut mamy autobus do Krakowa. Dla nas była to rewelacyjna wiadomość, choć trochę obawialiśmy się tak długiej podróży w autobusie. Do Krakowa dojechaliśmy ok 22.00, ale tu niemiłą niespodzianką był fakt, że dworzec PKS był przeniesiony w pewnej odległości od dworca PKP. Mimowolnie musieliśmy się wybrać jeszcze w 20 minutową wędrówkę po Krakowie, aby dotrzeć do dworca PKP. Na szczęście na pociąg tez nie musieliśmy czekać zbyt długo. Tym sposobem w Katowicach byliśmy ok. 0.30 Grzesiek miał szczęście, bo zaraz miał nocny autobus, a ja udałem się do pracy, aby "przekimac" do rana.