22.06.2006 - Jeszcze o tym nie wiem ale to mój ostatni dzień w Bieszczadzie :-(
Niestety morduję się do ok 1 w nocy. Po 1.00
przysypiam trochę głębiej, ale już przed 4.00 się budzę. Postanawiam się zwlec
powoli z łoża, i przygotować ostatnią zupę chińską. Kończy mi się wszystko -
pieniądze, jedzenie i woda. Z tym ostatnim na szczęście
nie ma większego problemu, bo nieopodal płynie strumień,
z którego korzystam, aby uzupełnić, to co zużyłem. Niestety z jedzeniem jest
gorzej. jagody jeszcze nie owocują, poziomek nie ma, a na grzyby jeszcze za
wcześnie, a jesienią było tu tak pięknie, jeśli
chodzi o grzyby. Tymczasem w radiu podają, że przez Polske przechodzi potęzny
front atmosferyczny z ulewnymi deszczami i burzami. Trochę
mnie te dane niepokoją, zważywszy moją zeszłoroczną tu bytność
i przeżycie takich ulew, gdzie woda wpływała do chaty. Ze
względu na powyższe, oraz na aktywność popielic,
postanawiam opuścić chatę nieco
wcześniej niż zamierzałem. Przygotowuję się wiec do wymarszu. Chatę opuszczam o
8.50 by po ok godzinie marszu dotrzeć do Mucznego. Tam pierwsze kroki kieruję do
sklepu gdzie właścicielka
dotrzymuje towarzystwa jedynemu klientowi. Zakupuję produkty żywnościowe,
oraz wyroby Browarów Tyskich i zasiadam przy stoliku obok. Nawiązujemy dyskusję
z człowiekiem, siedzącym przy sklepie. Rozmowa toczy się w najlepsze, poruszamy
tematy zarówno miejscowe, jak i krajowe, Pani Halinka ze sklepu potwierdza
informację, że chata w której nocowałem ma zostac rozebrana. Rozmawiało mi sie
na tyle miło, że zamówiłem drugie piwko, potem mój towarzysz postawił piwo mnie,
ja mu się następnie zrewanżowałem i tak na towarzyskich
rozmowach przeszliśmy na "Ty". Poldek, bo tak miał na imie mój towarzysz od piwa
przyjechał samochodem, i proponował mi nawet podwiezienie
do siebie do Dwerniczka, jednak Pani Halinka zdecydowanie zaprotestowała (i
słusznie) i zaproponowała Poldkowi nocleg u niej w altanie, mnie zaś
zaproponowała poczekać na swoją córkę, która pojechała po
towar.. Nawet nie wiem kiedy minęło południe, i przyjechała Asia - córka Pani
Halinki. Chwilkę porozmawialiśmy, i zapytałem czy mogę się
zabrać do Ustrzyk Dolnych. Asia się zgodziła, z zastrzeżeniem
że najpierw musi się przebrać i rozładować
towar. Zaproponowałem pomoc (oczywiście w rozładunku
towaru, a nie w przebieraniu) ale podziękowano mi. Zamówiłem więc za ostatnie
pieniądze kolejne piwko i spokojnie czekałem na transport. Gdy upiłem jakieś
150 ml piwa, pojawiła sie Asia, i zaprosiła do samochodu. Pani Halinka
zaproponowała , abym nie wylewał piwa, tylko zabrał sobie na drogę, a butelkę
oddam Asi. Przystałem na te propozycję :-)
Przy okazji zostałem poproszony o zdementowanie pogłosek jakoby w Mucznem były
trudności z zakupem chleba (co niniejszym czynię). Kiedyś może i tak było, ale
teraz Pani Halinka mówiła, że już problemów nie ma, i trzeba by mieć
wyjątkowego pecha żeby chleba nie kupić.
Podróż z Asią to sama przyjemność - na miłej rozmowie
uciekały nam spod kół kolejne kilometry Bieszczadzkiej Obwodnicy, tutaj pragnę
nadmienić, że dziewczyna rewelacyjnie prowadzi samochód. Gdybym jechał z
zamkniętymi oczami, to w zyciu bym nie przypuszczał, że samochód prowadzi
kobieta. Jeździ dynamicznie i płynnie. Co jakiś czas mam okazję jeździć z
kierowcami zawodowymi, i niejeden z nich nie dorastał Asi do pięt pod względem
umiejętności. W Czarnej proszę o krótki postój za
potrzebą, i jedziemy dalej. W Ustrzykach Dolnych byłem ok 14.15. Podziękowalem
Asi za podwózkę i pożegnałem się.
Przy dworcu PKP udałem się do jednego z barów, aby przekąsić coś
mięsnego. Wybór padł na hamburgery. Wiem że w tym wypadku
słowo "miesny" nabiera innego znaczenia, ale co mi tam. Zaryzykuję. Zjadłszy
jednego, wdałem sie w rozmowę z ekspedientką, jako ze miałem jeszcze trochę
czasu bo PKS do Rzeszowa mialem o 15.10 zamówiłem sobie drugiego hamburgera. W
międzyczasie do baru wchodzi znajomy ekspedientki, i we
trójke gaworzymy sobie. W pewnym momencie dostrzegam za oknem znajomą twarz. To
Harnaś ! Żegnam się więc z moimi rozmówcami, i wołam Harnasia. Okazuje się, że
był tu umówiony z instruktorem prawa jazdy na jazdę. Chwile rozmawiamy, ale że
dochodzi 15.00 żegnam się z Harnasiem, i wstępuję
do pobliskiego sklepu spożywczego po jakąś
cole na drogę. W międzyczasie widocznie przyjechał instruktor, bo Harnasia nie
było jak wyszedłem ze sklepu. Chwilę później podjechał mój PKS. Zakupiłem bilet
do Rzeszowa (16 PLN) i jak należy zająłem miejsce na
końcu.
Z jednej strony szkoda mi było się rozstawać z
Bieszczadami, a z drugiej strony, widząc zbierające się burzowe chmury, coraz
bardziej byłem utwierdzony w przekonaniu że dobrze zrobiłem
wyjeżdżając. Wszak burze były zapowiadane intensywne, a cóż bym zrobił bez kasy
gdyby mnie na dłużej przytrzymała burza w jednej z
chatek.
Do Rzeszowa dotarłem ok 18.00, i tu spotakała mnie niemiła niespodzianka - do
biletu na pociąg pośpieszny do Katowic, brakło mi 1,5 PLN
:-( Na szczęście w kasie siedział miły kasjer, który
poinformował mnie że mogę jechać
osobowym , który za 5 minut odjeżdża do Krakowa, a z Krakowa złapie ten sam pociąg
pospieszny, na który mi brakło pieniędzy. W tej
opcji bilet kosztował mnie 7 PLN mniej, więc miałem
jeszcze zapas na jakieś jedzenie w Katowicach.
W Krakowie byłem o 21.30 i gdybym się wsłuchał w komunikaty podawane przez głośniki,
to od razu miałem pociąg osobowy do Katowic, który przyjeżdżał wcześniej
niż ten pospieszny, na który czekałem. Niestety jak wbiegłem na peron, to pociąg
już odjeżdżał :-( Pozostało mi zatem oczekiwanie na "mój"
"pośpiech". Jak podejrzewałem pospieszny się spóźnił, i to znacznie bo ok 20
minut. Do Katowic udało się odrobić ok 10 minut. W pociągu
jeszcze spotkało mnie dziwne zjawisko - o ile przednia i środkowa część składu
była znacznie obsadzona przez pasażerów, o tyle ostatnie dwa wagony były niemal
puste. Jak się później okazało cóż w tym musiało być, bo
po przejechaniu kilkunastu km w naszych 2 wagonach zgasło światło
i do Katowic jechaliśmy po ciemku. Po korytarzu krażyły
jakieś typy, więc na wszelki wypadek plecak ułożyłem
tak aby mieć swobodny dostęp do siekiery. Moje obawy nie
były nieuzasadnione - nie bez powodu pociąg ten nazywany
jest "rzeźnią", i jest to skład, na którym notuje się
najwięcej przestępstw. Na szczęście
siekiera do końca podróży pozostała w futerale :-)
Do Katowic dotarłem o 23.45. Tak zakończyła się moja
kolejna przygoda bieszczadzka. Mam nadzieję, że nie ostatnia.
Ten wyjazd to najbardziej udany mój pobyt w Bieszczadzie, i na pewno oprócz
pierwszego pobytu pozostanie w mojej pamięci na zawsze.