12.06.2004 Judgment day ;-)

Ktoś może zapytać dlaczego tak zatytułowałem ten dzień. Ano dlatego, że był to dla nas (a szczególnie dla mnie) prawdziwy "dzień sądu".
Obudził mnie tępy ból głowy, i spore pragnienie. Nie trudno domyślić się, że było to skutkiem wczorajszego, nadmiernego spożycia piwa. Po spożyciu garści prochów na ból głowy, i wypiciu sporej ilości wody mineralnej, stwierdziłem, że nie nadaję się na żadne wędrowanie, ponadto pogoda też się popsuła i lada moment mógł spaść deszcz, a na domiar złego widoczność spadła do ok. 100m. Żałowałem trochę tego, że dzień wcześniej tak zabalowałem, bo może gdyby nie to, to może pałał bym większym entuzjazmem i nasza - planowana na ten dzień wyprawa na Tarnicę i Halicz - doszłaby do skutku. Stało się jednak inaczej. Niesprzyjająca pogoda i mój kac spowodowały, że po krótkiej naradzie ustaliliśmy, iż jest to odpowiedni dzień na powrót. Poszliśmy zobaczyć o której będziemy mieli autobus do Sanoka, i okazało się, że czasu jest w sam raz (ok. 1,5 godz.) Wykonaliśmy zatem pamiątkową fotkę i przystąpiliśmy do zwijania namiotu. W międzyczasie zamówiliśmy sobie w schronisku jajecznicę. Wprawdzie zanim zwinęliśmy obozowisko, jajecznica nam wystygła, jednak podgrzano nam j± w mikrofalówce i przyznam, że to było to, czego potrzebował mój styrany piwem żołądek.
Uregulowaliśmy rachunek, za posiłek i namiot, a następnie z żalem w sercu udaliśmy się na przystanek PKS. Po drodze zakupiliśmy jeszcze w sklepie przy przystanku prowiant na drogę, i kwas chlebowy "Obołoń" - drogi (3,5 PLN za 1L) ale za to rewelacyjny.
Droga powrotna przebiegła bez przygód, więc nie będę tu jej opisywał.
Tak oto zakończył się nasz pierwszy wyjazd w Bieszczady. Był to wyjazd krótki, ale przyznam że dość intensywny, i obfitujący w przygody. Uważam go za bardzo udany, pomimo przedwczesnego zakończenia.