"Jednodniówka" na Turbaczu 18.04.2004

           Tą relacją rozpoczynam opisy moich, a czasem także Grześka "jednodniówek". Tę, podobnie jak i inne rozpoczęliśmy od wyjazdu z Katowic do Krakowa PKS'em o 4.05 relacji Jelenia Góra-Wadowice. Przy okazji nadmienię, że bilet zakupiony w tym autobusie kosztuje o 4 PLN więcej niż kupiony w przedsprzedaży - 12 PLN. W Krakowie byliśmy planowo, czyli ok. 6.00, a stamtąd złapaliśmy PKS do Zakopanego przez Nowy Targ, który to był celem naszej podróży.   W Nowym Targu okazało się, że warto jednak posiadać najnowsze wydanie mapy oraz przewodnika. Niestety o ile mapę mieliśmy w miarę nową, o tyle z przewodnikiem było gorzej. Jeszcze przed wyjazdem, dopytałem na pl.rec.gory o odpowiedni przewodnik. Polecono "Gorce" wydawnictwa Rewasz. O ile do treści merytorycznej nie można mieć zastrzeżeń, o tyle jego aktualność miała pewne braki - otóż szlak zielony, którym mieliśmy się poruszać, aby spokojnie przebrnąć przez centrum Nowego Targu, został skrócony, i zaczyna się w Konańcu (dzielnica Nowego Targu), a nie w centrum. Z początku szliśmy szlakiem zamazanych zielonych znaków, ale w okolicy Kokoszków (dzielnica N.T) już nie mogliśmy znaleźć zatartych znaków, i poszliśmy w końcu przez Kowaniec, a nie przez Czarnotówkę, jak wcześniej planowałem.

           Na szlaku znaleźliśmy się ok 11.00 i minąwszy po prawej stronie kościół ruszyliśmy z początku wzdłuż "Długiej Polany". Po chwili, z prawej strony pojawił się wyciąg narciarski (nieczynny z powodu braku śniegu), a kilkanaście metrów dalej budynek Gorczańskiej Grupy GOPR. Pooglądaliśmy quady ratowników i ruszyliśmy dalej. Po pewnym czasie szlak skręca w prawo, pomiędzy zabudowania. Łatwo w tym miejscu zgubić szlak, ponieważ na pierwszy rzut oka może się wydawać, że znaki prowadzą na prywatną posesję, jednak tuż przy ogrodzeniu jest wąska ścieżka. Po przejściu płytkiego strumyka postanowiliśmy chwilę odpocząć i posilić się w sąsiedztwie uroczej kapliczki z figurą Matki Bożej Różańcowej. W międzyczasie minął nas UAZ z GOPR'owcami. Pokrzepieni śniadankiem oraz browarkiem ruszyliśmy dalej. Pogoda była piękna więc zrzuciliśmy polary, i rozpoczęliśmy podejście pod górę. Po kilkudziesięciu metrach, z prawej strony minęliśmy całkiem przyjemny domek do wynajęcia. Spodobał mi się na tyle, że zrobię gościowi bezpłatną reklamę - niech ma. Telefon, który spisałem z z chatki 503-029-175. Po konsultacji telefonicznej z osobą wynajmującą okazało się, że domek może pomieścić 8-12 osób, wyposażony jest w kuchnię, łazienkę, prysznic z ciepłą wodą, toaleta na zewnątrz. Cena 100 PLN/dobe za domek, nie za osobę. Z zewnątrz chatka prezentowała się całkiem nieźle, i widać było, ze postawiona została niedawno i niemały grosz właściciel musiał w nią zainwestować. No ale nie o domku ma być ta relacja :-) Mozolnie posuwaliśmy się do przodu, niestety nie ułatwiało nam tego wszechobecne błoto i resztki sniegu. Po pewnym czasie wchodzimy na Polanę Upłaz gdzie wykonujemy sobie fotkę i ruszamy dalej. Po chwili marszui spotkaniu z jaszczurką Zwinką, urządzamy sobie popas na malowniczej polance, gdzie dostrzegam pierwszego Krokusa. Następny, w sumie nieplanowany odpoczynek mieliśmy na Polanie Brożek, gdzie znajduje się sanktuarium poświęcone św. Maksymilianowi Kolbe oraz tablica poświęcona twórcy tego sanktuarium - Stefana Mrugało zmarłego 18.01.1985. Tu spotykamy dwie dziewczyny, idące z góry. Po krótkiej zadumie czas ruszać dalej ku naszemu następnemu celowi - Polanie Sralówki. Po dotarciu na wspomnianą Polanę Sralówki wykonujemy kolejne foto z widokiem na Tatry i nie zwlekając ruszamy dalej ku Bukowinie Waksmundzkiej, po drodze korzystając z uroków resztek śniegu, oraz przecudnie wyglądających kępek Krokusów (i jeszcze jedna kępka). Na Bukowinę docieramy po kilkunastu minutach. Tam delektujemy się wyśmienitą pogodą, spożywamy "Tyskie" ku zazdrości przechodzącej obok grupy młodzieży,  kontemplujemy przepiękne widoki na Tatry, Jezioro Czorsztyńskie i przecudne dywany Krokusów (zapewniam, że żaden Krokus nie ucierpiał przy okazji wykonywania tej fotki). Powyżej Bukowiny Waksmundzkiej, czyli powyżej 1000 m.n.p.m połacie śniegu były coraz większe, by w końcu niemal całkowicie przykryć szlak, co widać na zdjęciu, gdzie Grzesiek walczy z żywiołem :-) Do schroniska na Turbaczu dotarliśmy akurat w porze obiadowej. Zjedliśmy więc fasolkę po bretońsku, w towarzystwie GOPR'owców, którzy jak się okazało mieli tego dnia szkolenie, i również pożywiali się w rzeczonym schronisku. Po posiłku udaliśmy się na zewnątrz, by znów chłonąć widoki na Tatry.

         Uraczeni fasolką, upojeni widokami rozpoczęliśmy powrót. Niestety tą samą trasą, ponieważ czas już nas gonił, i musieliśmy zdążyć na PKS. Na szczęście odcinek, gdzie szlak był zupełnie przykryty śniegiem pokonaliśmy na wpół zjeżdżając, na wpół  idąc. Suma summarum zejście zajęło nam  mniej czasu niż przypuszczaliśmy, a dodatkową motywacją było "deptanie po piętach" GOPR'owcom, którzy wyszli krótko przed nami. Przyznam że dogonienie ich okupiliśmy niemałym wysiłkiem, ale udało się - dogoniliśmy i nawet minęliśmy Ich. Niestety na Bukowinie Waksmundzkiej musieliśmy odpocząć i znów Oni byli przed nami. W okolicy Sralówki, byliśmy świadkami jak jakieś podpite towarzystwo prawdopodobnie z okolicznych  bacówek odrąbywało dolne gałęzie sporemu świerkowi. Nic sobie nie robili z upomnień GOPR'owców, ale bardziej zadziwiające jest to, że ratownicy nie zrobili nic poza zwróceniem uwagi, aby nie ucinać tych gałęzi.  Nawet się nie zatrzymali :-( Smutny to fakt, że nikt z nich nie pofatygował się, aby zawołać przez radiotelefon strażnika parkowego, czy kogoś ze służby leśnej. Długo potem zachodziłem w głowę, czy nie złożyć gdzieś doniesienia o zaniechaniu czynności służbowych, i przyznam, że gdyby nie fakt, że spieszyliśmy się na PKS, oraz że była to sobota, to prawdopodobnie takowe zostałoby złożone. Zresztą nie tylko to było "zgrzytem" tego dnia. Do szewskiej pasji doprowadzali nas motocykliści na motorach terenowych, nie zważający w ogóle uwagi na turystów pieszych. Raz mało nas jeden nie potrącił, a inny ochlapał nas błotem spod kół :-/ Czułem się nie jak w Parku Narodowym, lecz na moto-crossie :-( Dziwi mnie fakt, że władze Parku nic nie robią w kierunku nie tylko odpowiedniego zachowania na terenie Parku Narodowego, ale i zapewnienia bezpieczeństwa pieszym. W końcu nie są to trudne trasy, więc na pewno trafiają się tam dorośli z dziećmi. Do dworca PKS dotarliśmy ok. 16.30 i w sumie od razu mieliśmy PKS do Krakowa, skąd też dojechaliśmy do Katowic bez zbędnej zwłoki. W Katowicach byliśmy ok. 20.30.